Prolog
24 maj 1994 r.Drzwi do komnaty otworzyły się od delikatnego,aczkolwiek zdecydowanego pchnięcia ręką.
Zapach bzu wydostał się z pomieszczenia.Prawie pusta,wręcz przerażająco biała sypialnia sprawiała wrażenie zimnej i opuszczonej. Jedynie postawione gdzieniegdzie bukiety świeżego, liliowego bzu świadczyły o czyjejś obecności. Kobieta powoli podeszła do łóżka ,przesunęła dłonią po aksamitnej , miękkiej pościeli. Rozejrzała się, a jej wzrok zatrzymał się dopiero na biurku, które w ogóle nie pasowało do czystego, białego wnętrza.W całej komnacie panował porządek, tylko wokół tego miejsca panował niewyobrażalny nieład. Pozgniatane i porozdzierane kartki papieru leżały na podłodze i blacie biurka. Pióro spoczywało bezwładnie pośród kawałków listów z niewyschniętym jeszcze atramentem. "Dalej to robi...myślałam, że już dał sobie spokój po ostatnim razie.Przecież i tak wie, że Rachel tego nie przeczyta.Ona nie jest już tym kim była.Zdradziła nas, jemu samemu złamała serce".Z zamyślenia wyrwał ją niski, aksamitny głos.
-Caroline?Co ty tu robisz?-oparł się bokiem o futrynę drzwi
Odwróciła się na pięcie, podparła się plecami o biurko i skrzyżowała ręce na piersi.
-Wybacz,nie chciałam-spojrzała na jego twarz. Przygryzał twarz jak zwykle, gdy się denerwował
-Nie sądzisz,że to trochę niekulturalne?-pytająco uniósł brew
-Pan cię wzywa-postanowiła zmienić temat
-Wiesz może, o co chodzi-zobaczyła, że lekko się zmieszał
-Chodźmy-powiedziała, po czym minęła chłopaka, stukając obcasami.
Zrezygnowany zamknął drzwi do komnaty i ruszył za nią długim, jasnym korytarzem.
W jego głowie panował chyba jeszcze większy chaos, niż na jego biurku. Nieustannie zadawał sobie pytanie czego Pan od niego chce, w jakim celu go wzywa i jakie są jego zamiary wobec niego.W towarzystwie tych myśli dotarł do głównej kwatery,do pomieszczenia, które za każdym razem szokowało go swoją wielkością.Caroline podeszła do dwóch strażników lekko kołysząc biodrami. Szepnęła do nich kilka słów, a oni po dłuższym namyśle, wpuścili ją i chłopaka do środka. Gdy tylko przekroczyli próg, ciężkie, mosiężne drzwi zatrzasnęły się za nimi z hukiem.
Stanął przed postacią Pana ze szczerym przerażeniem w oczach. Nogi się pod nim ugięły, ponieważ ta osobistość budziła w nim tak wielki respekt.
-Oliwierze, czy zdajesz sobie sprawę z jakiego powodu się tu znalazłeś?-jego głos był ciepły i przyjazny. Chłopak poczuł się trochę pewniej.
-Niestety, Panie,ale nie. Czy mogę zatem prosić o wyjaśnienia?
-Wiesz,że naszym zadaniem jest opiekować się ludźmi. Myślałem nad tym długo i uznałem, że jesteś już gotowy, aby wziąć kogoś w opiekę.
-Rozumiem, kiedy mam zacząć?
-A więc widzisz, bo to nie jest takie proste, nie dostaniesz w opiekę zwykłego dziecka.
-Panie, wybacz,ale teraz już nie rozumiem.
-No więc, nasi wrogowie chcą zagarnąć na swoją stronę dziewczynę,która dzięki swoim umiejętnościom, może im bardzo pomóc. Jednak, jak dobrze ci wiadomo, nie mogą tego uczynić, dopóki nie skończy ona 19 lat.Staramy się temu zapobiec, więc przydzielamy jej Stróża, a w tym wypadku-ciebie.
-Mnie?Och, Panie, niesamowicie cieszy mnie, iż tak wysoko mnie cenisz, jednak nie czuję się na siłach,na tak odpowiedzialną misję.Jest wielu innych, starszych i bardziej opiekunów, którzy mogą wykonać to zadanie o wiele lepiej ode mnie.
-Posłuchaj, wiesz dobrze,że większość z nas już sprawuje nad kimś opiekę.
-To nie mogę się z którymś z nich zamienić?
-Oliwierze,wiesz doskonale,że po przydzieleniu komuś człowiek w opiekę,Stróż nie może go opuścić,aż do śmierci swojego podopiecznego.Opiekunowie bardzo wiążą się z ludźmi i nie możemy prosić o coś takiego jak zamiana.
Chłopak spuścił głowę i utkwił wzrok w przezroczystej posadzce.
-Ile ona ma lat?
-Dopiero dzisiaj się urodziła.
-Co? W takim razie,skąd wiesz,że nasi wrogowie chcą ją przejąć?
-Tego nie mogę ci powiedzieć, a teraz słuchaj,nie będziesz schodził na razie na Ziemię,chyba że zajdzie taka potrzeba.Rozumiesz?
-Oczywiście.
-Możesz się zatem oddalić.
-Tak,Panie.
Oliwier ukłonił się, po czym ruszył ku wyjściu, gdzie czekała już Caroline i razem wyszli z komnaty.
-Dasz radę-głos kobiety był ciepły, chodź lekko natarczywy.
-Zobaczymy-powiedział i uśmiechnął się sztucznie,jednocześnie chowając ręce do kieszeni i udając się wolno w stronę swojej sypialni. Po głowie chodziły mu różne myśli.Wszedł do pokoju i rzucił się na pościelone łóżko. Pogrążył się w rozmyśleniach i nawet nie zauważył kiedy zasnął.
Melly &Rikka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz